
Męczennik, prowokator, showman, trefniś i dojrzały wokalista, obdarzony mięsistym, bardzo rockowym głosem – oto Tomasz Mars, debiutant i nadzieja piosenki poetyckiej. Wprawdzie tytuł jego debiutanckiego albumu „Męski burdel”, na pierwszy rzut oka ma niewiele wspólnego z poezją, ale też kto książkę ocenia po okładce?
Tomasz Mars, to wypadkowa estradowego profesjonalizmu, i dowcipu Andrzeja Rosiewicza oraz maleńczukowskiej skłonności do wsadzania kija w mrowisko. Z tym zastrzeżeniem, że Mars nikogo nie udaje.
Mimo to usłyszenie jego piosenek w mediach graniczy z cudem. A szkoda, bo Mars, który estradowe szlify zdobywał pod okiem i uchem Andrzeja Zaryckiego, słynnego kompozytora związanego z Piwnicą pod Baranami, umie dojrzale połączyć kameralną aurę piosenki poetyckiej z aktorską interpretacją, rockowym pazurem i skandalem. Co najważniejsze jednak, potrafi nie tylko bulwersować, ale też bawić. Bezlitośnie naigrywa się z naszych uprzedzeń i skrywanych tęsknot („Męski burdel”, „Jawa czy sen”), ale też z powodzeniem igra z konwencją sądowego reportażu („Sprawa Andrzeja” i mrocznej, barowej opowieści („Ballada o Sławku”). Często przy okazji snucia historii wokaliście wymyka się jakieś nieparlamentarne słówko, ale w ustach Marsa nawet wulgaryzm brzmi jak kunsztowna metafora. W istocie też nią jest, bo autorem szokujących, nieco perwersyjnych tekstów do piosenek Marsa jest krakowsko-warszawski poeta Michał Zabłocki (ten, który pisze wiersze na murach, w internecie, a nawet... stojąc na głowie). Na „Męskim burdelu” słowa, nawet te brzydkie, bledną w konfrontacji z estradowymi możliwościami Marsa.
Hubert Musiał, krytyk muzyczny